TGD - day 13
godz. 13.44
Właśnie odeszłam od stołu, rodzinny obiad... Kto to wymyślił? Nawet nie wiem ile zjadłam tego świństwa... Mama zrobiła zapiekankę z ziemniaków, kiełbasy itd... Odłożyłam na bok talerza kiełbasę i ser żółty, powiedziałam, że mi nie smakuję. Jednak coś musiałam zjeść. Siedzę teraz u siebie w pokoju i czuję jakby te ziemniaki rosły mi w brzuchu, chciały tego abym utyła jeszcze bardziej. Najchętniej to bym teraz i zwymiotowała, jednak 1. w domu jest cała rodzina; 2.nie chcę wrócić do epizodu z wymiotowaniem, moim celem nie jest Mia.
Najgorsze jest to, że nawet nie wiem ile ten obiad mógł mieć kalorii, wydaje mi się, że pewnie koło 200-300. Dzisiejszy limit to 250, a ja rano zjadłam jeszcze wafla ryżowego, chrupkie pieczywo (ok.60 kcal) i wypiłam kawę z mlekiem...
Także pewnie poza limit wyszłam już dawno temu. Nienawidzę weekendów. Nie lubię spędzać czasu z rodzicami. Mama tylko krzyczy i wydaje kolejne polecenia, myśli, że nikt jej nie pomaga. Co chwila wtrąca zdania, że nie poradzimy sobie (ja i moje rodzeństwo) w życiu sami. Będziemy mieli syf w swoich domach. Znowu tata dzisiaj dwa razy wtrącił do mnie coś o jedzeniu. Najpierw jak robiłam rano kawę, tata powiedział - Co tam sobie ZNOWU robisz do jedzenia? A przy obiedzie, powiedział coś w stylu - Patrzcie na Emmę, chyba jej smakuję. Oczywiście wszyscy popatrzyli się na mnie w momencie gdy wkładałam sobie coś do buzi - świetnie. Czy ja naprawdę w oczach moich rodziców jestem zakochana w jedzeniu, wręcz nim zafascynowana?? Piłam przy obiedzie herbatę ziołową Linea - może sprawi, że wszystko szybciej się przetrawi. Obiady, w ogóle jedzenie z ludźmi strasznie źle na mnie wpływają - psują mi humor, czuję się jak ostatni śmieć.
Po za tym tata jeszcze wspomniał, że moja siostra za dużo siedzi ze znajomymi na dworze w ciągu dnia, na co mama zaczęła ją bronić i wspomniała, że może ona nie jest taka jak ja, która woli posiedzieć w domu, bo nie mam z kim wyjść. Zrobiło mi się smutno, naprawdę. Mam 3 najlepsze przyjaciółki. Spędzamy razem praktycznie każdy początek weekendu. Po prostu nie mieszkamy na jednym osiedlu, a po za tym każdy ma chyba ochotę czasami tylko posiedzieć w domu, pooglądać seriale, poczytać książki, później trochę poćwiczyć. Po za tym w liceum poświęcam też dużo czasu na naukę - oczywiście rodzice twierdzą, że kłamię, bo moje oceny nie są wiadomo samymi 5.
Także w oczach najbliższej rodziny jestem chyba grubym samotnikiem. Dobrze!.
godz.19.30
Myślałam o tym, żeby dzisiaj nie pisać posta, udawać, że wszystko jest w porządku, a wiecie co się stało - zawaliłam ;)))) Świetnie. Właśnie w taki sposób chciałam pokazać rodzicom, że jestem inna. Stwierdziłam jednak, że napiszę tego posta oraz podliczę ilość zjedzonych kalorii. Teraz zaczynam wątpić czy w ogóle powinnam kończyć tą dietę. Zawaliłam kolejny dzień i po skończeniu rozpiski nie czułabym satysfakcji... Chyba zacznę realizować jakby swoją rozpiskę...
Ok. 15 poszłam na spacer, bardzo szybkim krokiem przeszłam kilka kilometrów. Może to i niedużo, ale zawsze coś. Później w domu poszłam do kuchni - zawsze się tego obawiam, i po prostu bezmyślnie zaczęłam jeść. A to wszystko zakończyłam lodami. Cudownie. Zaraz podliczę kalorie, chcę zobaczyć jak bardzo jest źle.
Właśnie odeszłam od stołu, rodzinny obiad... Kto to wymyślił? Nawet nie wiem ile zjadłam tego świństwa... Mama zrobiła zapiekankę z ziemniaków, kiełbasy itd... Odłożyłam na bok talerza kiełbasę i ser żółty, powiedziałam, że mi nie smakuję. Jednak coś musiałam zjeść. Siedzę teraz u siebie w pokoju i czuję jakby te ziemniaki rosły mi w brzuchu, chciały tego abym utyła jeszcze bardziej. Najchętniej to bym teraz i zwymiotowała, jednak 1. w domu jest cała rodzina; 2.nie chcę wrócić do epizodu z wymiotowaniem, moim celem nie jest Mia.
Najgorsze jest to, że nawet nie wiem ile ten obiad mógł mieć kalorii, wydaje mi się, że pewnie koło 200-300. Dzisiejszy limit to 250, a ja rano zjadłam jeszcze wafla ryżowego, chrupkie pieczywo (ok.60 kcal) i wypiłam kawę z mlekiem...
Także pewnie poza limit wyszłam już dawno temu. Nienawidzę weekendów. Nie lubię spędzać czasu z rodzicami. Mama tylko krzyczy i wydaje kolejne polecenia, myśli, że nikt jej nie pomaga. Co chwila wtrąca zdania, że nie poradzimy sobie (ja i moje rodzeństwo) w życiu sami. Będziemy mieli syf w swoich domach. Znowu tata dzisiaj dwa razy wtrącił do mnie coś o jedzeniu. Najpierw jak robiłam rano kawę, tata powiedział - Co tam sobie ZNOWU robisz do jedzenia? A przy obiedzie, powiedział coś w stylu - Patrzcie na Emmę, chyba jej smakuję. Oczywiście wszyscy popatrzyli się na mnie w momencie gdy wkładałam sobie coś do buzi - świetnie. Czy ja naprawdę w oczach moich rodziców jestem zakochana w jedzeniu, wręcz nim zafascynowana?? Piłam przy obiedzie herbatę ziołową Linea - może sprawi, że wszystko szybciej się przetrawi. Obiady, w ogóle jedzenie z ludźmi strasznie źle na mnie wpływają - psują mi humor, czuję się jak ostatni śmieć.
Po za tym tata jeszcze wspomniał, że moja siostra za dużo siedzi ze znajomymi na dworze w ciągu dnia, na co mama zaczęła ją bronić i wspomniała, że może ona nie jest taka jak ja, która woli posiedzieć w domu, bo nie mam z kim wyjść. Zrobiło mi się smutno, naprawdę. Mam 3 najlepsze przyjaciółki. Spędzamy razem praktycznie każdy początek weekendu. Po prostu nie mieszkamy na jednym osiedlu, a po za tym każdy ma chyba ochotę czasami tylko posiedzieć w domu, pooglądać seriale, poczytać książki, później trochę poćwiczyć. Po za tym w liceum poświęcam też dużo czasu na naukę - oczywiście rodzice twierdzą, że kłamię, bo moje oceny nie są wiadomo samymi 5.
Także w oczach najbliższej rodziny jestem chyba grubym samotnikiem. Dobrze!.
godz.19.30
Myślałam o tym, żeby dzisiaj nie pisać posta, udawać, że wszystko jest w porządku, a wiecie co się stało - zawaliłam ;)))) Świetnie. Właśnie w taki sposób chciałam pokazać rodzicom, że jestem inna. Stwierdziłam jednak, że napiszę tego posta oraz podliczę ilość zjedzonych kalorii. Teraz zaczynam wątpić czy w ogóle powinnam kończyć tą dietę. Zawaliłam kolejny dzień i po skończeniu rozpiski nie czułabym satysfakcji... Chyba zacznę realizować jakby swoją rozpiskę...
Ok. 15 poszłam na spacer, bardzo szybkim krokiem przeszłam kilka kilometrów. Może to i niedużo, ale zawsze coś. Później w domu poszłam do kuchni - zawsze się tego obawiam, i po prostu bezmyślnie zaczęłam jeść. A to wszystko zakończyłam lodami. Cudownie. Zaraz podliczę kalorie, chcę zobaczyć jak bardzo jest źle.
PODSUMOWANIE
- 4 wafle ryżowe - 160 kcal
- chrupkie pieczywo - 20 kcal
- kawa - 50 kcal
- zapiekanka z ziemniaków - 250 kcal
- naleśnik z łyżeczką nutelli - 200 kcal
- lody - 200 kcal
+ spacer - spalone 200 kcal
680 kcal
dzień niezaliczony!
Najgorzej czuję się z tym, jak dostałam komentarze, że daje niektórym z wam motywacji, a teraz zawaliłam. Powiem też tak - założyłam sobie kiedyś, że będę jadła zawsze poniżej 1000 kcal. Więc cieszę się z tego, że zmieściłam się w tym limicie. Jednak wiem, że naprawdę bilans mógłby być całkiem spoko.
Dzisiaj wieczorem koniecznie obejrzę sobie film Przyjaźń, która zabija albo inny tego typu film, one dodają mi motywacji, kiedy mi jej brakuję.
Mam nadzieję, że ktoś w ogóle przeczytał to całe hah. Trzymajcie się kochane!

Ojojoj. Najważniejsze, że nie poddałaś się do końca i poszłaś na ten spacer. Spaliłaś chociaż troszkę z tego obiadu.
OdpowiedzUsuńNie mogłabyś sobie robić sama obiadów? W sensie, że jadłabyś z rodzicami przy stole, ale coś zdrowego i małokalorycznego? :)
Mam nadzieję, że film dostarczy Ci dużo motywacji na ostatni dzień tygodnia.
Buziaki
Nie załamuj się, Twój bilans i tak jest dosyć niski! Ja też mam zamiar dzisiaj nieco sobie pooglądać może serial dla motywacji. Widzę że te weekendy są mocno felerne nie tylko dla mnie. Rodzinka niestety lubi wprawiać w zakłopotanie. Moja mama jest mistrzynią taktu!
OdpowiedzUsuńTrzymaj się chudo motylku! <3
Oj rozumiem tą całą sytuację z rodzicami. Moja mama to tak jak Twój tata i mama w jednym - też ciągle słyszę, że sobie w życiu nie poradzę, że jestem grubas i dlatego nikt mnie nie chce xd To jest meeeega przykre, wiem. Ale nic nie zrobisz, rodzice się nie zmienią, choćbyś nie wiem jak się starała i robiła po ich myśli. Najlepsza metoda to "słuchać jednym uchem, a wypuszczać drugim".
OdpowiedzUsuńNie przejmuj się zawalonym dniem, dla mnie nawet przy zawalonym dniu jesteś motywacją. Jeżeli Cię to pocieszy, choć trochę, to ja zawaliłam dwa dni pod rząd i to bardzobardzobardzo, mimo, że się zarzekałam, że nie zawalę XD
Też w domu mi wytykano że jestem gruba, że ciągle jem. Zamknęli się dopiero kiedy trafiłam do lekarza. Wtedy zaczął się horror pilnowania z jedzeniem i wpychania niemal na siłę. Niektórzy nie powinni być rodzicami. Trzymaj się!
OdpowiedzUsuń